Arrow
Arrow
Wszystkie zdjęcia autorstwa Wiesława Rakowskiego - wykonane między 1924 i 1939 rokiem, kurator książki i wystaw: Michał Sita. © Instytut Środowiska Rolniczego i Leśnego PAN w Poznaniu.
Slider

Wiesław Rakowski (18.04.1903-17.08.1948) był paleontologiem, zoologiem, kustoszem Muzeum Przyrodniczego w Poznaniu, po II wojnie światowej dyrektorem poznańskiego zoo. W muzeum pracował od 1924 roku, początkowo na stanowisku asystenta prof. Edwarda Lubicza-Niezabitowskiego, prowadził też własne badania, w 1928 roku na Uniwersytecie Poznańskim obronił pracę doktorską: Narzutowe Głowonogi Wielkopolski. W muzeum gromadził, preparował, opisywał, katalogował, konserwował i w końcu – fotografował – eksponaty pochodzące z wykopalisk, wypraw podróżników i z poznańskiego ogrodu zoologicznego.

Niewielka część tej fotograficznej dokumentacji zachowała się do dzisiaj, to obrazy spreparowanych zwierząt, kości i czaszek, zdobyczy z podróży afrykańskich, anomalii anatomicznych; sceny nie dające pewności czy mamy do czynienia z żywymi zwierzętami, czy z prostą dioramą; wreszcie bardzo ważne kulisy pracy i portrety. Słowem – zbiór, który zachował się na szklanych negatywach w archiwum Muzeum Wiedzy o Środowisku, jest fotograficznym dokumentem z badania przyrody od 1924 do 1939 roku.

W normalnych warunkach sens kolekcji przyrodniczej budowany jest poprzez kontekst, aranżację i zestawienie elementów. Tylko takimi narzędziami operuje kustosz – układając ze spreparowanych zwierzęcych eksponatów narracje. Ilustruje tezy o ewolucji, różnorodności środowiska albo klasyfikacji gatunków. Jednak dzisiaj, kiedy to początkowe uporządkowanie przyrodniczej kolekcji Rakowskiego zagubiło się, wszystko z czym zostaliśmy, to zbiór osobliwości. Dzieje się tak nie dlatego, że Rakowski był nieokiełznanym kolekcjonerem na równi traktującym beznogiego konia i czaszkę tura. Nie, on był naukowcem w całkiem współczesnym sensie. Powodem jest brak narzuconego z góry kontekstu – przez to cała kolekcja nabrała nieokreślonego, płynnego, dowolnie imputowanego znaczenia. Sprawia wrażenie, że wszystko w świecie przyrody leżało w spektrum międzywojennych zainteresowań, dawało się złapać, spreparować i włączyć do zbioru.

I właśnie dzięki temu zestaw międzywojennych zdjęć przyrodniczych eksponatów zyskał potencjał do opowiedzenia historii szerszej niż to, jak wygląda koń, kaczka czy tur. Dzisiaj najciekawsze wydaje się zastanowienie się, kto i dlaczego próbował wyjaśniać naturę zjawisk przyrodniczych, gromadząc dziesiątki wypchanych zwierząt. Jaka była relacja między badaczami przyrody a samą przyrodą, jakich narzędzi używali ci ludzie i jakie idee ich napędzały? Okazuje się, że całkiem przypadkowo zdjęcia Rakowskiego stały się unikatowym wizualnym zapisem czasów, pomysłów i bardzo charakterystycznego sposobu na wyjaśnianie świata natury.

Dlatego realizując premierowy pokaz zdjęć Rakowskiego, staraliśmy się umieścić je w kontekście ówczesnych realiów. Naukowcy związani z biologią, zoologią i paleontologią mierzą się z zadaniem określenia, w jakie sposoby myślenia o przyrodzie mogła się wpisywać ta fotograficzna kolekcja. Na jakie pytania Rakowski mógł szukać odpowiedzi i w końcu – czy mieszczą się one jeszcze w kanonach nauki definiowanych współcześnie? Czy jest w spreparowanym anomalnym koniu coś ciekawego? Które elementy zainteresowań nie wytrzymały próby czasu? Gdzie przebiega granica między fascynacją prowadzącą do gromadzenia kolekcji dziwolągów i trofeów a tą pomagającą zrozumieć świat? Współcześni przyrodnicy starają się poddać krytycznej analizie fragment niedawnej historii swoich własnych dyscyplin.

To wszystko uzupełnione zostało fragmentami archiwalnych tekstów, cytujących świat poznańskich badań przyrodniczych sprzed blisko 90 lat: “Kogucik, który chował się przez parę dni w pracowni muzeum ma nogi dodatkowe, umieszczone na grzbiecie a więc we wręcz odwrotnym kierunku do normalnych odnóży. Chód jego był niepewny – a bieg powolny. Gorzej przedstawia się noga przepiórki, która jako dość długa zapewne znacznie hamowała bieg ptaka. 5-miesięczne źrebię z Napachania nie posiada zupełnie przednich kończyn. Podobno wszystkie powyższe anomalia mogą być i potwornością podwójną, stąd wniosek, że chodziło tu o płód bliźniaczy – jednakowoż podwojenie zaznaczyło się tylko na jednej części ciała – w tym wypadku na odnóżach zdwojonych. Forma typowych anomalij podwójnych to obecność dwóch lub więcej osobników, których zarodniki złączyły się bardzo wcześnie. Typowym przykładem są okazy o jednej głowie a dwóch ciałach (…) zajączek o sześciu nogach, kaczątko i kurczątko o sześciu nogach i dwa koty o jednej głowie (…)”. (Wiesław Rakowski, Historia i zbiory Oddziału Przyrodniczego Muzeum Wielkopolskiego w Poznaniu / Gajowa 5, KMP 1934, s. 130.)


Powyższe krótkie wprowadzenie pochodzi z katalogu do 8 Biennale Fotografii w Poznaniu, na którym, w 2013 roku ‚Archiwum Zoologiczne’ Wiesława Rakowskiego prezentowane było po raz pierwszy. Wystawie zorganizowanej przez ZPAF towarzyszył album wydany przez Instytut Środowiska Rolniczego i Leśnego Polskiej Akademii Nauk; ‚WIesław Rakowski. Fotografie 1924-1939.’ W 2014 roku album zyskał nominację do tytułu Fotograficznej Publikacji Roku, nagrodzoy został statuetką Izabella dla najwybitniejszego wydarzenia muzealnego w Wielkopolsce (kategoria wydawnictw) oraz wyróżniony jako jedna z 10 najważnejszych książek o Poznaniu wydanych w 2013 roku (Biblioteka Raczyńskich).


 

Kolekcja Fotografii / esej wprowadzający do książki Wiesław Rakowski Fotografie 1924-1939


Zbiór szklanych negatywów, odkryty przed kilkunastoma miesiącami w archiwum Muzeum Wiedzy o Środowisku, jest unikatowym, fotograficznym zapisem z badania przyrody od 1924 do 1939 roku. To obrazy zwierząt i eksponatów z nich wykonanych, kości i czaszek, zdobyczy z podróży afrykańskich, anomalii anatomicznych, sceny nie dające pewności, czy mamy do czynienia z żywymi okazami, czy z prostą dioramą; wreszcie bardzo ważne kulisy pracy i portrety, tym bardziej fascynujące, że odpowiedzialny był za nie jeden człowiek – Wiesław Rakowski, pracownik naukowy Muzeum, od 1935 roku jego kustosz.

Mimo, że niemal 250 szklanych płytek formatu 13×18 cm (1) zawiera fotografie dziś zachwycające nie tylko egzotyką tematu, ale i szczegółowością, charakterystyczną dla pracochłonnej techniki wielkoformatowej – pierwotnie zdjęcia Rakowskiego miały służyć prostemu celowi – miały precyzyjnie ilustrować wygląd eksponatów i rejestrować proste fakty. Choć dziś wydają się niemal bajkową opowieścią o odległych czasach, sens tych zdjęć był w okresie międzywojennym bardzo praktyczny. Również ich plastyka, ostrość, jakość, charakterystyczna dla wielkoformatowych fotografii estetyka (tym bardziej według dzisiejszych standardów bajkowe) – wynikały z prostego faktu – nie istniała w tamtym czasie technologia pozwalająca na wierniejsze odwzorowanie obiektów. Dlatego różnorakie konteksty, w jakie dziś możemy te fotografie wpisywać, znaczenia, jakie możemy im nadawać, warto skonfrontować jednak z ich pierwotnym przeznaczeniem.

Poszukiwanie kontekstu „Wyłącznie aranżacja i zarządzanie zbiorem obiektów historii naturalnej wpływa na jego użyteczność. Ponieważ nawet gdyby taki zbiór był nieprzebranie bogaty, zawierał obiekty w wielkiej ilości i o wielkiej wartości, bez systematycznej aranżacji i zapewnienia odpowiedniego dostępu do nich – publiczny użytek z takiego magazynu byłby znikomy”. (2)

Było to oczywiste dla muzealników od epoki oświecenia; sens kolekcji przyrodniczej budowany jest przez kontekst, aranżację i zestawienie elementów. Tylko takimi narzędziami operuje kustosz, układając ze spreparowanych eksponatów dowolne narracje. Może, w zależności od ambicji i dostępnych środków, czy teorii, które uważa za warte rozpowszechnienia – ilustrować tezy o ewolucji, o różnorodności flory i fauny, zamieszkującej poszczególne ekosystemy i sposobach funkcjonowania w tych środowiskach, albo porządkować kolekcję tak, by odpowiadała przyjętej klasyfikacji gatunków. To trzy podstawowe strategie budowania sensownych ekspozycji we współczesnych muzeach przyrodniczych. (3) Kustosz może zdecydować, że eksponaty zebrane ogromnym nakładem pracy i często na przestrzeni kilku stuleci – posłużą komunikowaniu określonych treści, edukowaniu – w konkretnym zakresie.

Dziś, gdy początkowe uporządkowanie przyrodniczej dokumentacji Rakowskiego jest niemożliwe do odtworzenia, a kontekst, w jakim kolejne zdjęcia funkcjonowały, można określić tylko w przybliżeniu, wszystko, z czym zostaliśmy to gabinet osobliwości, przypominający epoki dużo wcześniejsze. Dzieje się tak nie dlatego, że Rakowski był nieokiełznanym kolekcjonerem, na równi traktującym beznogiego konia, czaszkę tura i całą resztę eksponatów, sportretowanych na szklanych negatywach. Nie, był naukowcem w całkiem współczesnym sensie. Powodem jest brak narzuconej z góry klasyfikacji obiektów – przez to cała kolekcja nabrała nieokreślonego, płynnego znaczenia, które możemy jej dziś nadawać dość dowolnie. Bez idei porządkującej zbiory, zachowane zresztą tylko we fragmencie, i często tylko w fotograficznej formie, sprawiają one wrażenie, że wszystko w świecie przyrody leżało w spektrum międzywojennych zainteresowań, dawało się złapać, spreparować i włączyć do kolekcji.

Tym bardziej, że zakres zainteresowań Muzeum Przyrodniczego był bardzo szeroki. Rakowski pisał: „Muzea przyrodnicze bywają trojakiego typu. Jedne to muzea regionalne, gromadzące okazy flory i fauny małej tylko okolicy (…) Drugie to muzea krajowe, obejmujące zbiory całego kraju lub przynajmniej jakiejś jego większej części (…). Wreszcie ostatni typ to muzea ogólne, obejmujące okazy całej kuli ziemskiej. Do takich należą muzea w Londynie, Berlinie, Brukseli, Nowym Yorku itd. Do tego typu (…) możemy zaliczyć (…) Oddział Przyrodniczy Muzeum Wielkopolskiego w Poznaniu”. (4) Skoro więc na zdjęciach są fragmenty kolekcji obejmującej nie mniej niż właśnie cały znany świat przyrody, co chciał Rakowski przekazać za pomocą tych zbiorów i ich fotograficznych wizerunków?

Fotografia w służbie nauki? Zdjęcia Rakowskiego służyły pierwotnie dwóm celom, dokumentowały zbiory, bieżącą pracę muzeum lub miały stanowić ilustracje naukowych i popularyzatorskich publikacji. Nawet aranżowane sceny spreparowanych eksponatów, w środowisku udającym ich naturalne otoczenie, chociaż dzisiaj wydają się bardzo symboliczne, miały w swoim czasie czysto użytkową wartość. Zwierzchnik Rakowskiego, profesor Lubicz-Niezabitowski w wydanej w 1929 roku książeczce, zawierającej fotografie zwierząt z poznańskiego ZOO, tak relacjonował sens wykonywania podobnych fotografii – odnosi się to świetnie do oryginalnego znaczenia inscenizowanych zdjęć Rakowskiego:

„Gdy weszła w życie fotografia (…) zaczęły się (…) coraz częściej pojawiać zdjęcia zwierząt, oddające dokładnie ich postacie i ruchy, a z ich pomocy poczęli korzystać i artyści. Fotografie zwierząt nie rozpowszechniły się jednak dotychczas w tym stopniu, jakby się tego można spodziewać. (…) Fotografowanie bowiem zwierząt, nawet trzymanych w niewoli, wymaga bardzo wiele trudu i cierpliwości, a warunki otoczenia, w jakich się te zwierzęta znajdują, zwykle są co najmniej mało odpowiednie dla udania się zdjęcia. Sądzę, że wydanie takich zdjęć przedstawiających postacie żywych zwierząt, może być pożądane nie tylko dla tych wszystkich, którzy zwierzęta lubią i się niemi interesują, lecz również dla tych, którzy nauczają w szkołach zoologii, dla artystów i myśliwych, a poza tem dla wszystkich, którzy nie mają sposobności tych zwierząt żywych oglądać ”. (5)

O wiele łatwiej było zilustrować życie zwierząt w ich naturalnym środowisku, kiedy warunki do udania się zdjęcia były bardziej odpowiednie – czyli zwierzę było wypchane i precyzyjnie ustawione w niby to naturalnym otoczeniu, jak szpak z zimorodkiem na gałęzi, albo aligatory przy gnieździe z jajami. Łatwo sobie wyobrazić, że mogły powstać po to, by ilustrować tekst popularyzujący wiedzę przyrodniczą, jakich   Rakowski napisał kilkanaście (6). Te dwie konkretne fotografie nigdy nie zostały co prawda opublikowane w prasie codziennej, pewnie dlatego, że pary aligatorów faktycznie nie opiekują się jajami, a drewniany cokół na którym stoi martwy szpak jednak poważnie zwraca na siebie uwagę. Kobry za to świetnie mogłyby się do takiego celu nadawać.

Te ze zdjęć, służące ilustrowaniu publikacji naukowych, miały jeden cel – musiały precyzyjnie relacjonować wygląd zwierząt lub szczątków, znajdowanych na stanowiskach archeologicznych. Były to czysto techniczne fotografie, wykonane z zamiarem kadrowania i często – retuszerskiego usunięcia tła. Dlatego fakt, że pojawiła się tam osoba przytrzymująca kawałek płótna, postacie w oddali za fotografowanym porożem albo przypadkowe przedmioty na peryferiach kadru – nie miał dla Rakowskiego żadnego znaczenia. Podobne elementy obrazu miały być usunięte, szklana płytka miała zostać zamalowana na całej powierzchni dookoła istotnego eksponatu; anomalnego konia, jerzyków syjamskich albo psa morskiego. I najprawdopodobniej część z zachowanych do dziś zdjęć nadal posiada elementy tła tylko dlatego, że Rakowski wybrał do publikacji inne ujęcia, może z lepszego kąta, lepiej ilustrujące istotne elementy preparatów? Dobrze to widać w przypadku zdjęcia łosia z Łukaszewka – tu retusz nie został dokończony, a wydaną w 1929 roku pracę dotyczącą tego znaleziska ilustruje pięć całkiem innych ujęć. (7)

Zatem część kolekcji to – wedle przyjmowanych przez Rakowskiego kryteriów – nieudane fotografie dokumentacyjne, nad którymi, przygotowując je do druku, nie było sensu dłużej pracować. I tylko dzięki temu w całkiem nieistotnych dla dokumentacyjnej wartości częściach kadru – po bokach albo nad płóciennym tłem – pojawiają się najciekawsze dzisiaj elementy: osoby, przedmioty, sceny, tzn. fragmenty w niezamierzony sposób opisujące kulisy pracy w Muzeum w latach 20. i 30. Inna część kolekcji, jak niektóre zdjęcia kości turów, są wykonane wbrew obowiązującej paleozoologów zasadzie, by szczątki układać anatomicznie, czyli w sposób, w jaki faktycznie są umiejscowione u danego gatunku. Wspomina o tym w swoich komentarzach dr Marta Osypińska.

Kolekcja Rakowskiego ma w tym naukowym kontekście jeszcze jedną, podstawową wadę. Zarejestrowany na zdjęciu fakt potrzebuje opisu. Wydobyte z torfu kości tura mają niewielką wartość, jeśli nie towarzyszą im informacje o tym, gdzie i kiedy zostały znalezione, w jakiej warstwie, jakie przedmioty znaleziono obok – pisze o tym Marta Osypińska. Gdyby zdjęcie ślepca było opisane datą i miejscem złapania tego konkretnego gryzonia, mogłoby mieć sens dla naukowców, starających się określić, czy ten gatunek występuje jeszcze na terenie Polski. Takich danych nie mamy, przez to nie można mówić o jakimkolwiek naukowym znaczeniu tej fotografii. Na to zwraca uwagę dr Jan Śmiełowski. Nie zachowały się nawet numery katalogowe kolejnych czaszek turów, co mogłoby określić przynajmniej pierwotną wielkość ich zbioru.

Nie powinno więc dziwić, że wraz ze zmianami zainteresowań badawczych i profilu działalności naukowej Muzeum po II wojnie światowej, kolekcja fotografii, od zawsze będąca tylko doraźną dokumentacją prowadzonych aktualnie badań i bieżącej działalności, całkiem straciła znaczenie. Same zdjęcia miały w tym czasie nieporównywalnie mniejszą wartość niż eksponaty na nich przedstawione i po II wojnie światowej, podczas której kolekcja muzeum uległa rozproszeniu, zdjęcia nieistniejących eksponatów tym bardziej przestały się odnosić do czegokolwiek istotnego. Dokumentacja już nie do końca zrozumiałych działań muzealnych i prac na zaginionych obiektach faktycznie nie dawała pożytku naukowcom związanym z muzeum, prowadzącym tam badania tuż po wojnie. Fotografie Rakowskiego były zapisem kolejnych znalezisk i przedmiotów, mających sens tylko w określonym kontekście, ilustracjami do naukowych i popularnych tekstów, czyli ich wartość wynikała z planowanego przeznaczenia, środowiska, w jakim miały zostać użyte. Gdy spełniły swoją rolę, a już tym bardziej, gdy zapodział się gdzieś cel, jakiemu pierwotnie miały służyć, stały się bezwartościowe. Bez sąsiedztwa naukowego tekstu okazały się warte mniej niż materiał, na jakim zostały utrwalone. Zygmunt Pniewski, fotograf i konserwator związany z Muzeum Przyrodniczym od wczesnych lat pięćdziesiątych XX wieku, wspominał: „Najbardziej ucierpiały te klisze, które zastali naukowcy [prowadzący badania mikroskopowe]. Co odkryli – cienkie szkło, na którym zdjęcia były wykonane, świetnie dawało się ciąć na niewielkie fragmenty, służące jako przezroczyste podkładki do preparatów. W kąpieli usuwano emulsję fotograficzną, nakładany był na to [badany obiekt] o grubości może jednej setnej milimetra, (…) zgromadzono w ten sposób całkiem pokaźny zbiór szybek do preparatów mikroskopowych. Dopiero na początku lat siedemdziesiątych pojawiła się potrzeba, by pozostałe klisze przejrzeć, wybrać zdjęcia portretowe pracowników, doktorów, profesorów, sceny rodzinne – i te fotografie zachowały się. O zdjęciach zwierzaków nikt w tym czasie nie myślał, nikogo to nie interesowało, nie mogło być z nich już żadnego pożytku. Cała ta część kolekcji poszła w niepamięć, zdeponowana gdzieś w archiwum”. (8)

 

Nowe znaczenia. I w tym archiwum udało się je przypadkiem znaleźć. Dopóki zdjęcia Rakowskiego funkcjonowały wyłącznie w świecie nauk przyrodniczych i podlegały wyłącznie naukowym kryteriom oceny, ich wartość musiała być szacowana bardzo pragmatycznie. Upłynęło jednak wystarczająco dużo czasu, by pierwotny sens tych fotografii przestał być oczywisty i by sami przyrodnicy musieli się poważnie zastanowić, gdy je odkryli, z czym mają do czynienia, jak mają je czytać. Zyskały tym samym potencjał do opowiedzenia historii szerszej niż proste fakty; jak wygląda koń, aligator czy czaszka tura – chociaż początkowo tylko takie było ich zadanie. Po niemal 90 latach mają szansę nabrać sensu całkiem odmiennego. Najciekawsze wydaje się w nich to, że są wizualnym zapisem osobliwych faktów – pozwalają zadać pytania o to, kto i dlaczego próbował wyjaśniać naturę zjawisk przyrodniczych, gromadząc dziesiątki wypchanych zwierząt? Jaka była relacja między badaczami przyrody a samą przyrodą, jakich narzędzi używali ci ludzie i jakie idee ich napędzały? Okazuje się, że przypadkowo i wbrew pierwotnym założeniom, zdjęcia Rakowskiego stały się unikatowym zapisem czasów, pomysłów i charakterystycznego sposobu na wyjaśnianie świata natury. Stały się relacją nie tylko z określonego okresu w historii nauk przyrodniczych – są zapisem rzeczy o wiele bardziej ulotnej – fascynacji, ambicji i celów, dotyczących bardzo konkretnych ludzi.

Przy całym potencjale, jaki zdjęcia Rakowskiego posiadają, przy możliwościach zbudowania bajkowych fotograficznych historii w oparciu o nie – wydaje się, że ma sens, by pozostały przede wszystkim dokumentem.

•••

W czasie międzywojennym Muzeum Przyrodnicze, ściśle współpracujące z Zoo, było bezkonkurencyjne, jeśli chodzi o atrakcyjność i moc przekazu na polu edukacji o świecie natury. Egzotyczna rozrywka, jaką oferowało zwiedzającym w początkach XX wieku, była skrojona pod publiczność, która dopiero miała się przekonać o mocy młodszych mediów – fotografii, filmu, czy w końcu telewizji, i dlatego, w tym czasie, afrykańskiej dziczy albo egzotycznych zwierząt można było najłatwiej bezpośrednio doświadczyć właśnie w muzeum. Idea, by obok edukacji zadziwiać, pokazując elementy świata przyrody inaczej niedostępne, była logiczną i dobrze uzasadnioną strategią. To złoty okres budowania poznańskiej kolekcji, kiedy wystarczającym uzasadnieniem rozszerzania zbioru było to, aby dało się pokazać zwiedzającym kolejny gatunek zwierząt. (9) I właśnie o tym złotym okresie pisze w swoim wprowadzeniu Monika Piotrowska, szkicując sylwetki naukowców, odpowiedzialnych za muzeum od połowy XIX wieku, opowiadając o ich osobistych motywacjach, celach, i w końcu zasadach, na jakich opierali uporządkowanie kolekcji. Tu fotografie Rakowskiego mają niezaprzeczalną wartość historyczną. W dzisiejszym muzeum zachowały się tylko fragmenty międzywojennej kolekcji. Są wśród nich wprawdzie unikatowe okazy, jak czaszki z porożem kopalnego łosia i jelenia olbrzymiego, jednak dziesiątki innych, dokumentowanych przez Rakowskiego, zaginęły w różnych okolicznościach. Tylko dzięki zdjęciom możemy mieć wgląd w to, co w muzeum na pewno się znajdowało. Może warto będzie na ich podstawie spróbować odtworzyć dalsze losy tych eksponatów?

Muzeum było jednak nie tylko instytucją eksponującą preparaty. Służyło badaniu świata zwierząt. Do kolejnych pokazów wybierano z coraz większą starannością tylko fragmenty zbiorów pochodzących z prowadzonych prac, o bardzo szerokim zakresie. Taka instytucja, zajmująca się nie tylko rozpowszechnianiem wiedzy, ale i jej produkowaniem, eksperymentuje i ryzykuje, inicjatywy naukowców nie mogą być w całości ograniczone do komunikowania wiedzy odwiedzającym. Dlatego, jeśli poszukujemy klucza porządkującego zachowaną do dziś kolekcję fotografii, nie wystarczy spojrzeć na historię Muzeum i tematy poruszane na wystawach w okresie międzywojennym, proces i logikę budowania jego zbiorów. Część eksponatów sfotografowanych przez Rakowskiego pewnie nigdy nie weszła do żadnej ekspozycji, mogły powstać jako przymiarki do ilustrowania jakiegoś faktu, próby zbudowania narracji porzuconej w pół drogi, albo tymczasowy zapis prowadzonych aktualnie badań.

Dlatego w komentarzach do zdjęć, tekstach wprowadzających i cytowanych w książce wypowiedziach – to współcześni przyrodnicy starają się poddać analizie fragment niedawnej historii swoich własnych dyscyplin. Mierzą się z zadaniem określenia, w jakie sposoby myślenia o przyrodzie mogła się wpisywać ta fotograficzna kolekcja. Na jakie pytania Rakowski mógł szukać odpowiedzi i w końcu – czy tego typu dociekania mieszczą się jeszcze w kanonach nauki definiowanych współcześnie? Czy jest w spreparowanym anomalnym koniu coś ciekawego? Które elementy zainteresowań międzywojennych nie wytrzymały próby czasu, a które stały się podstawą dla badań wyznaczających nowe horyzonty? Gdzie przebiega granica między fascynacją, prowadzącą do gromadzenia kolekcji osobliwości i trofeów, a tą pomagającą zrozumieć świat?

Takie pytania w obliczu prostego zdjęcia wykopanej z torfu czaszki może wydają się naiwne, ale w ciągu ostatnich kilku miesięcy, gdy słuchali ich ludzie nauki, zajmujący się współcześnie tematami zbliżonymi do zainteresowań Rakowskiego i Niezabitowskiego, okazało się, że czasem z większą, często jednak mniejszą dozą spekulacji, sens poszczególnych fotografii udało im się ustalić. To oni zresztą najpełniej i z największą dozą prawdopodobieństwa potrafią nakreślić spektrum zainteresowań badawczych swoich poprzedników, świat znaczeń zdjęć Rakowskiego. Jest rzeczą całkowicie unikatową, co w fotografii kości tura zobaczy profesor Hieronim Frąckowiak, który z czaszek turów, niejednokrotnie pochodzących z poznańskiego muzeum, pozyskiwał materiał służący zespołowi profesora Słomskiego do badań mających na celu odtworzenie tego wymarłego gatunku. Inaczej podejdzie do szczątków bydła dr Marta Osypińska, zastanawiając się, jak konkretne preparaty mogły się wpisywać w pionierskie prace zoologów, interpretujących znaleziska archeologiczne. To właśnie komentarze takie, jak profesora Jerzego Karga i doktora Jana Śmiełowskiego – są w stanie przybliżyć idee i wyobrażenia stojące za kolekcją przyrodniczą. Jej sens leży ostatecznie w sfotografowanych obiektach, i to ich powtórna analiza może wyjaśnić, po co zostały zebrane. Dla samych fotografii ma to o tyle istotne znaczenie, że próbujemy je umieścić w otoczeniu nauki, sprawdzić, czy nadal mogłyby tam pasować, czy może są jedynie zbiorem przypadkowych zdarzeń, małą częścią większej i cenniejszej kolekcji, zdekompletowanej i bezpowrotnie straconej.

•••

Zdjęciom towarzyszą dwa rodzaje podpisów. Jednym z nich są właśnie komentarze współczesnych naukowców, i to one określają potencjalną wartość fotografii w świecie nauki, z którego się wywodzą. Cytujemy też jednak wybór tekstów pracowników międzywojennego muzeum. Niekiedy, jak w przypadku artykułu o wydobyciu z torfu łosia kopalnego (10), bezpośrednio opisują one konkretne fotografie. W innych sytuacjach opowiadają o czymś bardziej ulotnym. Profesor Niezabitowski tłumaczył na przykład w 1924 roku (11), że wbrew powszechnej wierze, kości znajdowane w karpackich grotach pochodzą od niedźwiedzi jaskiniowych, nie smoków, Rakowski gdzie indziej wyjaśniał, czym są książęta rodu zwierzęcego (12). W ten sposób nie tylko samymi fotografiami, ale też ich otoczeniem, postaramy się opowiedzieć o epoce, o charakterystycznym sposobie na badanie przyrody i na opowiadanie o niej. Tylko dzięki przypadkowi, przez zachowane fotografie Rakowskiego, ta opowieść posiada bardzo mocną, wizualną oprawę, i może dotyczyć nie tylko świata przyrody, ale i ludzi, którzy go badali.


PRZYPISY

(1) Fotografie wykonywane na szklanych płytkach tego formatu cechują się niezrównaną ilością szczegółów, rozdzielczością i możliwościami odwzorowania delikatnych różnic tonalnych, wynikającymi z dużej powierzchni negatywu. Praca aparatem fotograficznym, pozwalającym go naświetlić, jest powolna, i również w dwudziestoleciu międzywojennym była kosztowna, dlatego ekspozycje wykonane przez Rakowskiego nie mogą być przypadkowe, wymagały przygotowań i przemyślenia kadrów.

(2) Charles Wilson Peale, prekursor amerykańskich zbiorów historii naturalnej, wypowiedź z 1800 roku, cytat za: Asma Stephen. Stuffed Animals and Pickled Heads: The Culture and Evolution of Natural History Museums, Oxford University Press 2001: s.191. 

(3) op.cit. s:170-223 

(4) Rakowski Wiesław. Historia i Zbiory Oddz. Przyrodniczego Muzeum Wielkopolskiego w Poznaniu (Gajowa 5), w:Kronika Miasta Poznania 1934: 127-139: s.127. 

(5) Lubicz-Niezabitowski Edward. Postacie Żywych Zwierząt według własnych zdjęć z natury, dokonanych przeważnie w poznańskim Ogrodzie Zoologicznym, zeszyt I, Księgarnia św. Wojciecha, Poznań 1927: s.2. 

(6) bibliografia artykułów prasowych Wiesława Rakowskiego za: Dzięczkowski Andrzej, Wiesław Rakowski, w: Polski Słownik Biograficzny tom XXX, s. 533-4, Zakład im. Ossolińskich PAN 1987.; Express Poznański R. 3: 1948 nr 80 s. 4; Głos Wielkopolski R. 4: 1948 nr 80 s. 12, nr 228 s. 4, nr 229 s. 4, Kurier Poznański R. 27: 1932 nr 380 s. 6, R. 31: 1936 nr 182 s. 8, nr 218 s. 8, nr 226 s. 6; Kwartalnik Muzyczny R. 1: 1948 z. 1-4 s. 23, 121; Muzyka Wielkopolska w Poznaniu R. 3: 1928 s. 174, 178, 179, R. 4: 1928 s. 147, 151, 153, 166. Oraz zgodnie z archiwum Starego ZOO w Poznaniu, bez oznaczenia stron: Kurier Poznański z 18 marca 1930, nr 591 z 30 grudnia 1931, nr 138 z 25 marca 1931, nr 319 z 19 lipca 1934, nr 306 z 8 lipca 1936, nr 392 z 26 sierpnia 1936, 12 lutego 1939, nr 231 z 21 maja 1939. 

(7) Lubicz-Niezabitowski Edward. Dawny Łoś wielkopolski, Rocznik Nauk Rolniczych i Leśnych Tom XXI, Poznań 1929. 

(8) Zygmunt Pniewski, rozmowa, Poznań 10 lipca 2012 r. 

(9) Asma Stephen. Stuffed Animals and Pickled Heads: The Culture and Evolution of Natural History Museums, Oxford University Press 2001; Maria Mytaruk, Cabinets of Curiosities and the Organization of Knowledge, University of Toronto Quarterly, vol. 80:1 2011; 

(10) Lubicz-Niezabitowski Edward. Dawny łoś wielkopolski, Rocznik Nauk Rolniczych i Leśnych Tom XXI, Poznań 1929. 

(11) Lubicz-Niezabitowski Edward. Smoki karpackie i Smocze Jamy, w: Kosmos. Czasopismo Polskiego Towarzystwa Przyrodników im. Kopernika, Lwów 1924: s. 879-890. 

(12) Rakowski Wiesław. Książęta rodu zwierzęcego, w: Kurier Poznański nr 7, 12.2.1939.